niedziela, 6 sierpnia 2017

# Teorainn: Rozdział 37.


           
            Nikt nie był w stanie zmusić jej do wyjścia z pokoju. Odkąd matka oznajmiła, że to koniec wypraw do lasu, Deirdre nie widziała żadnego sensu w ruszaniu się z łóżka. Spędzała w nim całe dnie, nie przejmując się tak nieistotnymi rzeczami jak zmienianie sukien, a co dopiero dbanie o higienę. Czasem jedna z służących przychodziła na polecenie Blair i zmuszała Deirdre do wejścia do wielkiej balii. Dziewczyna reagowała na wszystko jedynie niezmienną obojętnością. Nie krzywiła się nawet, kiedy za mocno szorowano jej plecy lub kiedy temperatura wody przypominała tą z górskiego strumyka. Zachowywała się jak pozbawiona życia, zielone oczy wypełniała pustka.
Posiłków Deirdre nie jadła, chyba że ktoś ją do tego zmusił. Skończyło się na tym, że trzeba było na zmianę pełnić dyżury i karmić dziewczynę, jakby była małym dzieckiem albo staruszką. Nie wzbraniała się przed przyjmowaniem posiłków, tylko bezmyślnie rozchylała usta. Gdyby jednak nikt nie przyszedł przez długi czas, Deirdre pewnie nawet nie czułaby głodu.
Blair i Edan przyglądali się wszystkiemu z coraz większym niepokojem. Mężczyzna namawiał żonę, by zmieniła decyzję i pozwoliła córce na kolejne spotkania z Lennanem. Ale Blair posyłała Edanowi nieugięte spojrzenie szarych oczu i stanowczo kręciła głową.
– To się musi skończyć. Już dosyć, że Oisin dowiedział się o jej nietypowych… upodobaniach. Gdyby ktoś inny zobaczył ją z łukiem w lesie… Wiesz, co ludzie by sobie o nas pomyśleli? Jesteśmy szanującym się rodem, a nasza córka zachowuje się gorzej niż niejedna dziewczyna klasy średniej. A gdyby jeszcze ktoś usłyszał, że ma romans z chłopakiem z Mór!
– Nie przesadzaj, to nie romans. Nawet nie mogą się dotknąć.
– To niewiele zmienia.
– Ale ona go kocha. Nie możesz zabraniać jej się z nim widywać.
– Oczywiście, że mogę. Jestem matką i muszę mówić Deirdre, co dla niej najlepsze. Spotkania z tym chłopakiem do niczego nie prowadzą. Jedynie mieszają jej w głowie i sprawiają, że wciąż odwleka decyzję o małżeństwie.
– Masz zamiar zmusić ją do ślubu?
Edan spojrzał na żonę z niedowierzaniem. Kochał Blair, naprawdę ją kochał. Uwielbiał jej stanowczość, pewność siebie i umiejętność podejmowania najlepszych możliwych decyzji. Ale nigdy nie podejrzewałby, że może okazać się tak bezwzględna wobec własnej córki. Chociaż jego małżeństwo również nie zostało zawarte ze względu na uczucie, miłość pojawiła się z czasem. Ale decyzja o ślubie została podjęta przez ich oboje, a nie przez rodziców.
– Od kiedy jesteś aż taki miękki, Edanie? Nasza córka popełnia życiowy błąd i doskonale o tym wiesz. Gdybyś się ze mną nie zgadzał, nie pozwoliłbyś na pilnowanie jej przez służbę.
Milczał. Blair nie potrzebowała żadnych słów. Wiedziała, że ma rację. On też o tym wiedział. Nie żyli w świecie, w którym działy się rzeczy takie jak w bajkach opowiadanych małym dzieciom przez lubujące się w starych podaniach opiekunki. Chociaż Ádh niewątpliwie uchodziło za piękne, brak w nim było książąt z bajki czy granic znikających w jednej chwili dzięki sile prawdziwej miłości.
Ich sprzeczkę przerwało wejście służącej, która trzymała w ręce suknię. Kawałek materiału prezentował się doprawdy koszmarnie cały pognieciony i spowity plamami niewiadomego pochodzenia. Blair skrzywiła się na ten widok. Do tej pory Deirdre dbała o swój wygląd i lubiła ładnie wyglądać. Z chwilą, kiedy wyprawy do lasu stały się niemożliwe, ubranie niewiele ją obchodziło. Nawet jeśli było całe brudne i zaczynało nieprzyjemnie pachnieć.
– Wymyta? – skierowała pytanie w stronę służącej, a ta pokiwała głową. Przez chwilę wyglądała, jakby zamierzała po prostu odejść i przystąpić do prania sukni, ale zawahała się.
– Przepraszam, że się wtrącam, ale może by tak wezwać druida… Panienka wygląda, jakby znajdowała się na skraju załamania. Może to jakaś groźna choroba albo złe duchy…
– Nie sadzę. – Blair tylko pokręciła głową. – Po prostu musi się pogodzić ze stratą czegoś, co kocha.
Właściwie z dwiema stratami, ale służąca wiedziała jedynie o polowaniach. O niżej urodzonym chłopaku z Mór nie miała pojęcia i całe szczęście, bo nikt nie powinien był poznać prawdy. Edan posłał żonie porozumiewawcze spojrzenie, a potem skierował zatroskany wzrok na pomiętą suknię wciąż tkwiącą w rękach służącej. Blair udała, że niczego nie dostrzega i starała się zachowywać normalnie.
– Całe szczęście, że ma jeszcze coś innego, co kocha…
Oczywiście służąca pomyślała o harfie. W tym momencie Blair uświadomiła sobie, że już dawno nie słyszała, by córka grała jakąkolwiek melodię. Zresztą nic w tym dziwnego, skoro Deirdre opuszczała łóżko tylko pod przymusem. Kobiecie przemknęło przez myśl, że ktoś powinien posadzić jej córkę przy harfie i nakłonić do trącenia palcami strun. Potem, kiedy opuszki przypomniałyby sobie znajomy dotyk, a do uszu dotarłyby pierwsze, delikatne tony, z pewnością byłoby już łatwiej. Deirdre zaczęłaby grać. Może grałaby od świtu aż do zmierzchu, aż w końcu cały ból i żal uleciałby wraz z cichnącymi dźwiękami. To zdecydowanie mogło się okazać lepszą terapią niż jakiekolwiek spotkanie z druidem.


Zgodnie z prośbą Blair, posadzono Deirdre przed harfą. Rzeczywiście, tak jak kobieta przeczuwała, trzeba było nakłonić dziewczynę do dotknięcia strun, a potem wszystko potoczyło się naturalnie i muzyka wypełniła pomieszczenie. Od tej chwili trwała nieprzerwanie. Deirdre zamieniła łóżko na stolik przy harfie i teraz tam spędzała większość czasu. Służąca musiała pilnować, by dziewczyna kładła się spać, a wtedy ona posłusznie opuszczała ręce, wstawała i dawała się prowadzić, jakby nie miała żadnej władzy nad swoim ciałem.
Melodie były jeszcze piękniejsze niż zwykle. Jednocześnie miały w sobie coś naprawdę niezwykłego. Blair zawsze lubiła słuchać córki i uważała, że dziewczyna ma ogromny talent. Niewątpliwie potrafiła poruszyć, dotrzeć do serca nawet tych bardzo nieczułych osób. Tym razem melodie również przepełnione były emocjami. Ale Blair nigdy nie określiłaby ich mianem pięknych. Owszem, miały w sobie piękno, ale nie z rodzaju tego tak dobrze jej znanego. To było piękno niebezpieczne, które przygnębiało wszystkich odbiorców muzyki, sprawiało, że w ich głowie pojawiały się ponure myśli. A nawet jeśli nie myślało się o niczym szczególnym, to nadchodziła ochota, by położyć się w łóżka, jak to przedtem robiła Deirdre i płakać, póki nie skończą się wszystkie łzy.
Jeśli ktoś odwiedzał dom rodu Lancaster, zazwyczaj wychodził pogrążony w melancholii, z łzami czającymi się tuż na końcówkach rzęs jak krople rosy na liściach czy długich łodygach traw. Często pytano, czemu Deirdre przestała się pojawiać na Margadh czy w jakichkolwiek innych miejscach i cały czas poświęca na granie przygnębiających melodii. Blair tłumaczyła to chęcią tworzenia poruszającej sztuki, której Deirdre oddała się całym sercem. Ludzie w odpowiedzi jedynie kiwali głowami. Nie wiadomo, czy wierzyli tym słowom, ale nikt nie próbował dociekać prawdy.
Któregoś dnia, kiedy wysłuchiwanie przepełnionych bólem tonów stawało się niemal nie do zniesienia, w progu pojawiła się Cahan. Przedtem też zdarzało jej się odwiedzać Deirdre, ale zazwyczaj były to krótkie wizyty, podczas których dziewczyna zdawała się nie zauważać bliźniaczki.
Na widok Cahan, Blair lekko się uśmiechnęła. Dziewczyna od zawsze nieco niepokoiła matkę Deirdre i gdyby nie to, że kobieta znała jej rodziców, z pewnością nie aprobowałaby tej przyjaźni. Blair często odnosiła wrażenie, że to właśnie przez Cahan Deirdre wpadła na pomysł chodzenia na polowania, szukania przejścia przez Teorainn, a ostatnio nawet na to, by zawrzeć znajomość z kimś z drugiej strony i odrzucić najlepszą możliwą propozycję małżeństwa.
Oisin również odwiedzał Deirdre. Z początku Blair obawiała się, że jej córka będzie krzyczeć na młodzieńca, złorzeczyć mu i posyłać spojrzenia pełne nienawiści. Tymczasem Deirdre okazywała całkowitą obojętność. Kiedy Oisin mówił, spoglądała na niego oczami pozbawionymi wyrazu, jakby nawet nie była świadoma tych spotkań. A potem, kiedy zaczęła grywać na harfie, nawet nie obracała głowy w jego stronę. Czasami Blair obawiała się, że jej córka oszalała. Jedynie silne przekonanie, że złamane serce nie mogłoby jej doprowadzić do obłędu, nieco ją uspokajało.
– Dzień dobry – ukłoniła się Cahan. Mimo tych swoich niedorzecznych kreacji i żywiołowego usposobienia potrafiła odpowiednio się zachować.
– Dzień dobry – odpowiedziała Blair.
Pomieszczenie wciąż wypełniały dźwięki kolejnej smutnej melodii. Wydawały się sięgać wprost do serca słuchaczy, poruszać najcieńszymi strunami ich dusz i wprawiały w stan oszołomienia, być może podobny do tego, w którym obecnie znajdowała się Deirdre.
– Nic się nie zmieniło?
Blair jedynie pokręciła głową, a Edan bezradnie rozłożył ręce. Słysząc tą odpowiedź, Cahan lekko przygryzła wargi. Potem przeciągle westchnęła, uniosła głowę i odważnie spojrzała w oczy rodzicom przyjaciółki.
– To się musi skończyć. Może nie mam prawa się wtrącać, ale martwię się o Deirdre. Ona powoli umiera i czas wcale tego nie zmieni. Muszą państwo pozwolić jej na dalsze spotkania z Lennanem. Może kiedyś sama zmądrzeje i zrozumie, że to nie ma przyszłości. A może znajdzie przejście i wtedy będzie szczęśliwa. Bo chyba o to chodzi, prawda? Nie o pozycję społeczną, tylko o to, żeby Deirdre naprawdę była szczęśliwa.
Blair już otwierała usta i kręciła głową, ale Edan położył jej rękę na ramieniu. Kobieta posłała mu pełne zdziwienia spojrzenie, ale mąż tym razem pozostawał zdecydowany. Cahan poczuła przypływ nadziei. Możliwe, że wreszcie mogła odzyskać dawną przyjaciółkę. Miała dosyć patrzenia na usychającą dziewczynę, która kiedyś potrafiła się uśmiechać.
– Cahan ma rację. Naprawdę zmusimy ją do ślubu z Oisinem i będziemy patrzeć na jej nieszczęście? I słuchać tych melodii? – Jakby na potwierdzenie, powietrze wypełniły wyjątkowo ckliwe tony. Blair się wzdrygnęła.
Przez nikt się nie odzywał. Cahan spoglądała na rodziców Deirdre w niecierpliwym oczekiwaniu. Zanim padła ostateczna odpowiedź, wiedziała, że udało się jej osiągnąć cel. Blair powoli skinęła głową. Cahan poczuła przypływ ulgi i pobiegła wprost do przyjaciółki.
Deirdre siedziała całkowicie zamyślona, z oczami utkwionymi w jakimś punkcie na ścianie. Jej palce sunęły po strunach, jakby należały do kogoś zupełnie innego. Cahan miała dosyć patrzenia na ten widok każdego kolejnego dnia. Najpierw straciła Kiarę, a później zaczęła tracić Deirdre. Nie mogła na to pozwolić.
– Deirdre – odezwała się, ale dziewczyna tylko na chwilę spojrzała w jej stronę. Zielone oczy wciąż pozostawały niepokojąco puste. – Rozmawiałam z twoimi rodzicami. Możesz iść do lasu.
Deirdre zdawała się niczego nie rozumieć. Cahan usiadła obok i pogładziła brązowe włosy przyjaciółki. Kiedyś były miękkie i przyjemne w dotyku, a teraz przypominały plątaninę chaszczy.
Oszołomienie trwało dłuższą chwilę, a potem Deirdre gwałtownie zamrugała. Opuściła ręce, muzyka się skończyła. Wtedy dziewczyna głośno się rozpłakała i padła w objęcia Cahan. Przyjaciółka poczuła tak ogromną ulgę, że sama również nie mogła powstrzymać łez.
– Zaraz go zobaczysz. Będzie dobrze – szepnęła, gładząc Deirdre po głowie. – Ale najpierw musisz się wymyć. I przebrać. Chyba nie chcesz, żeby twój ukochany zobaczył cię w takim stanie…?


Czekał w tym samym miejscu. Prawdopodobnie przychodził na polanę każdego dnia, choć od momentu rozstania z Deirdre minęło już dużo czasu. Na widok dziewczyny szeroko otworzył oczy. Przyglądał się w milczeniu jej nieco zmatowiałym włosom, zmęczonej twarzy i wychudzonej sylwetce. Deirdre zawsze była szczupła, ale teraz wydawała się zdecydowanie za chuda. Suknia, która do niedawna pięknie podkreślała talię, teraz bezładnie zwisała z ramion.
– Deirdre!
Podbiegł do Teorainn Diamond i przycisnął twarz do granicy. Wyglądał dziwnie z rozpłaszczoną twarzą i zbielałym od nacisku granicy nosem. Mocno przyciskał palce do powierzchni bariery i chyba bardziej niż kiedykolwiek zależało mu na jej przekroczeniu. Tuż obok przystanął Aidan, który w oszołomieniu obserwował przebieg wydarzeń.
Deirdre wciąż milczała, aż w końcu zaczęła płakać. Łzy jedna po drugiej spływały po jej bladych policzkach. Po chwili Cahan uświadomiła sobie, że od wielu dni nie słyszała głosu przyjaciółki. Zastanawiała się, czy bardzo się zmienił, tak samo jak zmienił się jej wygląd.
– Lennan – wychrypiała. Był to nieprzyjemny zgrzyt, jakby ciało nie potrafiło sobie przypomnieć, jak to jest mówić. Struny w gardle dziewczyny przez długi czas nie były używane i potrzeba było czasu, by na powrót zaczęły prawidłowo funkcjonować.
– Czekałem na ciebie. Każdego dnia. Cahan obiecała, że w końcu przyjdziesz. Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę!
Miotał się bezradnie, wzdłuż Teorainn, przypatrując się Deirdre z zachwytem i bezkresnym szczęściem malującym się w jego ciemnych oczach. Cahan po raz pierwszy zdała sobie sprawę, jak piękne są ciemne tęczówki. Kojarzyły się jej z ciepłem, a wraz z wyzierającą z nich miłością tworzyły piękną całość. Czuła się nieco niezręcznie, obserwując spotkanie dwójki zakochanych, ale nawet gdyby odeszła, wciąż pozostałby Aidan, więc Deirdre z Lennanem i tak nie mieliby prywatności.
– Chciałbym cię przytulić. Bardziej niż kiedykolwiek – wyznał i znów bezradnie się rozejrzał.
Nagle szeroko się uśmiechnął i bez słowa rozpoczął wspinaczkę na jedno z pobliskich drzew. Cahan od razu wszystko zrozumiała. Próbowali pokonać Diamentową Granicę od boku i od dołu, więc pozostała jeszcze wspinaczka. Obawiała się, jak Lennan zdoła zejść na stronę Ádh, bo w pobliżu nie dostrzegała żadnego odpowiedniego drzewa. Ale to nie miało większego znaczenia. Można było zbudować wysoką drabinę.
Lennan wspinał się coraz wyżej i wyżej, a dziewczyny wraz z Aidanem przypatrywały się temu w milczeniu i w niecierpliwym oczekiwaniu. Chłopak co jakiś czas wyciągał przed siebie rękę, sprawdzając, czy opór granicy wciąż pozostawał wyczuwalny. W końcu dotarł niemal na czubek drzewa, gdzie gałęzie wydawały się kruche i nie do końca zdatne do utrzymania ciężaru czyjegoś ciała.
– To niemożliwe! – krzyknął w przypływie frustracji. – Ciągnie się aż dotąd. Nie dam rady wejść wyżej.
Rzeczywiście, pozostałe drzewa były niższe. Deirdre skuliła się w sobie, Cahan spuściła głowę, a Aidan ze złością kopnął jakiś kamyk. Nie tak to sobie wyobrażali. Przecież po czasie rozłąki i cierpienia powinno ich wreszcie spotkać szczęśliwe zakończenie.
Lennan powoli zaczął schodzić z drzewa, z trudem powstrzymując gniewne okrzyki. Cahan próbowała znaleźć słowa, które mogłyby podnieść dwójkę zakochanych na duchu, ale nie sądziła, by zdołała napełnić serca tych dwojga nadzieją.
I jakby na potwierdzenie tych przypuszczeń, jako znak, że życie wcale nie jest idealne, jedna z gałęzi wydała z siebie nieprzyjemny odgłos, złamała się, a Lennan spadł na ziemię, bezradnie wymachując rękami. Uderzył w podłoże z głuchym, nieprzyjemnym odgłosem. Deirdre zaczęła krzyczeć.
– Lennan! Lennan! Odezwij się!
Podbiegła do Teorainn, histerycznie krzycząc i z trudem łapiąc powietrze. Aidan zaczął potrząsać ramieniem brata, ale ten w ogóle nie reagował. Cahan nie wiedziała, co zrobić. Oddzielona granicą od poszkodowanego pozostawała całkowicie bezradna. Mogła tylko przyglądać się wszystkiemu z szybko bijącym sercem. Nie widziała nigdzie krwi, ale to niczego nie przesadzało. Brak krwi nie oznaczał, że wszystko będzie dobrze. Spojrzała w górę, w miejsce, gdzie złamała się gałąź. To było wysoko. Bardzo wysoko.
Deirdre wciąż płakała i wykrzykiwała bezradnie słowa, które nie tworzyły żadnej sensownej całości. Cahan przyglądała się temu w milczeniu, a Aidan wciąż potrząsał ramieniem brata. W końcu dziewczynie udało się otrząsnąć z szoku.
– Znasz kogoś, kto mógłby pomóc? – zwróciła się do chłopca, a ten po chwili zastanowienia pokiwał głową. – W takim razie biegnij. Najszybciej jak potrafisz. My zaopiekujemy się Lennanem.
Takie zapewnienia nie miały większego sensu, bo stojąc po drugiej stronie Diamentowej Granicy niewiele mogły zdziałać. Zresztą Deirdre znajdowała się w tak koszmarnym stanie, że i tak do niczego by się nie przydała. Na szczęście Aidan nie miał czasu na analizowanie usłyszanych słów. Zerwał się do biegu, a Cahan usiadła tuż przy Teorainn, przytuliła do siebie szlochająca Deirdre, której od razu zwiotczały wszystkie mięśnie i słuchając cichego łkania, wpatrywała się w nieruchomą sylwetkę chłopaka.


Jakiś czas później, a właściwie niemal całą wieczność po tym, jak chłopiec zerwał się do biegu, powrócił w towarzystwie dziewczyny z klasy średniej. Miała nieco ciemniejszą karnację, czarne, piękne włosy i figurę, którą z pewnością podziwiał niejeden mężczyzna. Na widok Lennana szeroko otworzyła oczy i zaczęła uważnie go oglądać.
W jej ruchach pełno było troski i niezwykłej delikatności. Cahan przyglądała się jej w milczeniu, bo niewiele więcej mogła zrobić. Kiedy pierwszy raz spotkała Breenę, nie zapałała do niej sympatię, ale teraz, gdy ujrzała ją w innej sytuacji, jako troszczącą się o Lennana przyjaciółkę, jedyną osobę, która jest mu w stanie pomóc, zapomniała o wszystkich negatywnych uczuciach.
– Ma złamaną nogę – odezwała się w końcu, odrywając podłużny kawałek swojej sukni i przywiązując udo chłopaka do prostego kija. Miała bardzo melodyjny, łagodny głos. – Możliwe, że coś stało się mu w głowę, ale póki się nie obudzi, nie mogę nic więcej powiedzieć.
– A obudzi się? – upewniła się Cahan.
– Tak. Na szczęście wygląda to gorzej, niż jest w rzeczywistości. Przynajmniej tak sądzę.
Deirdre odetchnęła z ulgą, tak samo jak Cahan, a Aidan rozpłakał się i pozwolił, by czarnowłosa dziewczyna go przytuliła. Nieznajoma dłuższą chwilę milczała, a potem skierowała spojrzenie ciemnych oczu na Deirdre.
– To wszystko twoja wina. Nie powinnaś była nigdy pozwolić mu na coś takiego. Nie widziałaś, że te gałęzie są za cienkie? Nie obchodziło cię, że on ryzykuje życiem? A podobno tak go kochasz… Skoro jesteś taka zaznajomiona z lasem, sama mogłaś zacząć się wspinać.
Deirdre otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale czarnowłosa pokręciła głową, jakby nie miała ochoty na wysłuchiwanie jakichkolwiek wytłumaczeń.
– Wszyscy wiedzą, że wasz związek nie ma przyszłości. Ile czasu można być z kimś, kto pochodzi z zupełnie innego świata? Widzisz, do czego to prowadzi. Musisz zrozumieć, że i tak nic z tego nie będzie.
– Rozumiem, że go kochasz, Breeno, ale…
– To, czy go kocham, nie ma żadnego znaczenia. Zresztą nie chodzi tylko o niego. Równie dobrze możesz pomyśleć o sobie. Jak długo będziecie się widywać, nim to uczucie was zabije?
Deirdre nie odpowiedziała. Cahan miała ogromną ochotę odpowiedzieć coś niemiłego, stanąć w obronie przyjaciółki, ale z jakiegoś powodu kompletnie zabrakło jej słów. Zamiast tego delikatnie nakłoniła przyjaciółkę do podniesienia się na nogi. Podziękowała Breenie za pomoc, pożegnała Aidana i ruszyła w stronę domu.
Gdyby chciała, zdołałaby zranić Breenę i sprawić, że Deirdre poczułaby się nieco lepiej. Ale to nie miałoby żadnego sensu. Po raz pierwszy dotarło do niej, że to uczucie rzeczywiście może wyniszczyć dwójkę zakochanych, tak jak wcześniej wyniszczała ich rozłąka. Do tej pory ich serce przepełniała nadzieja, teraz, po nieoczekiwanym wypadku, poznali prawdę. Póki co pewnie woleli ją ignorować, ale nie mogli tego czynić w nieskończoność. Nikt nie powiedział na głos tego, o czym tak naprawdę doskonale wiedzieli. Póki mogli jeszcze chwilę milczeć i żyć w złudzeniach, świat nie wydawał się taki straszny.
Ale w końcu musieli zaakceptować coś, o czym możliwe, że wiedzieli jeszcze wcześniej, z chwilą, gdy Lennan zaczął kopać albo kiedy Deirdre wsiadła na łódkę. Może na siłę chcieli wierzyć, że uda im się spleść swoje dłonie czy pocałować.
Teorainn nie można było opłynąć, przejść pod nią, jakby była zwykły murem, czy wspiąć się i przeskoczyć na drugą stronę.

Czymkolwiek właściwie było Teorainn i obojętnie z jakiego powodu powstało, po prostu nie miało końca.